niedziela, 15 sierpnia 2010

Powroty piaskowych dziadów.

Niektórych dziadów cechują nieświeże kalesony, innych dziadów powszechna estyma - każdy natomiast ma do siebie to, że ni stąd ni zowąd może mu się zemrzeć (a w takiej sytuacji gotowe okazać się, że wspomniane kalesony pozostaną w pamięci tłumów dłużej niż estyma). Tak czy inaczej, dzisiaj co nieco o dwóch czerstwych dziadkach-muzykantach, których warto słuchać dopóki nagrywają. A sama notka jest pisana przeze mnie - czyli dziada, który coś tam naskrobie a potem znika, więc warto go czytać dopóki pisze (wspominałem, że skromność dziadów charakteryzuje?)

Niniejszym, poniżej kilka słów o dwóch fajnych albumach wydanych w bieżącym roku przez legendy rockowej sceny. Suma wieku wokalistów: 117 lat. Średnia: 58,5. Załóżcie ciepłe kapcie. Zaparzcie sobie herbatkę. Mimo wszystko nie żałujcie prądu do niej. Zgaście górne światło, przesłuchajcie, odejdźcie w pokoju.


"Scream" Ozzy'ego Osbourne'a to właśnie ten album, do którego wyświechtane i samo w sobie puste określenie "fajny" pasuje wprost idealnie. Nie jest to wielka płyta - nie oczekujcie niezapomnianych kompozycji czy atmosfery znanej ze starych nagrań Black Sabbath. Po prostu wrzućcie krążek do odtwarzacza czy też - bardziej charakterystycznie dla obecnych czasów - dodajcie te jedenaście plików mp3 do kolejki w winampie. Na pewno nie raz uśmiechniecie się i pokiwacie głowami z uznaniem słuchając starego Ozza.

Nie ujmując nic samym muzykom, płyta naprawdę wiele zawdzięcza stronie produkcyjnej. Brzmi zadziornie i heavy metalowo, jednak całe to przesterowane brzmienie ani na chwilę nie wymyka się spod kontroli. Bywa ostro, bywa ciężko, lecz koniec końców album jest niezwykle przyjemny dla ucha - ktoś kto czuwał nad tym wszystkim doskonale wiedział dokąd może się posunąć w zabawie konwencją, pamiętając o tym, aby nie przekroczyć pewnej bariery i nie uczynić albumu ciężkostrawnym dla przeciętnego słuchacza nie będącego fanem metalowej ekstremy. "Scream" można kupić w ramach urodzinowego giftu zarówno tacie-byłemu metalowcowi jak i 13-letniemu młodszemu bratu.

Co do samych muzyków, najbardziej znaczącą zmianą w składzie zespołu Osbourne'a jest roszada na stanowisku gitarzysty. Po wielu latach owocnej współpracy cuchnący burbonem Zakk Wylde został zastąpiony przez niejakiego Kostasa Karamitroudisa, bardziej znanego jako Gus G. (m.in. Arch Enemy). Czy wpłynęło to na jakość muzyki? Nie wiem, w każdym razie riffy są równie niespecjalnie odkrywcze jak fajne (ehh), dynamiczne i momentami wręcz porywające (np. "szarpanie" w "Diggin' Me Down"). To po raz kolejny zasługa dobrze wyważonego brzmienia, dźwięk jest mocny a zarazem wygładzony. Posłuchajcie singlowego "Let Me Hear You Scream", muzyka jakby chciała wyrwać się z głośników. Wielu obawiało się o wokalną formę Ozzy'ego, który w końcu ma już "swoje lata" (rocznik 1948) - przy tak intensywnej produkcji ten na swój sposób zawsze delikatny śpiew mógł gdzieś zaginąć. Pragnę rozwiać wątpliwości - staruszek naprawdę odnalazł się w konwencji i brzmi bardzo dobrze. Inna sprawa, że nie stroni od różnych efektów nakładanych zarówno na wokale jak i na pozostałe elementy instrumentarium. Dobrym przykładem jest utwór, który początkowo miał być numerem tytułowym, czyli "Soul Sucker" - Osbourne nie obawia się o zarzuty ze strony ortodoksyjnych fanów klasycznego, gitarowego rocka, czyniąc piosenki nieco bardziej nowoczesnymi i cały album bardziej eklektycznym.

Jeżeli chodzi o zróżnicowanie - nie mogło zabraknąć ballad. W końcu Ozzy solo słynie z kawałków takich jak hit połowy lat 90-tych, "I Just Want You", czy królujący na muzycznych kanałach w początkach XXI wieku "Dreamer". Tutaj takim numerem jest z pewnością "Life Won't Wait" - udana kompozycja, którą charakteryzuje ta osbourne'owa baśniowość. Wszystko jest ładne, delikatne, pastelowe, zarazem ze szczyptą czającego się w tle niepokoju.

Podsumowując, Ozzy nie odkrywa Ameryki, jednak na starość raczy nas jeszcze jednym albumem dającym wiele radości ze słuchania. Do tego kończy go utworem zatytułowanym "I Love You All". Mogło być lepiej? Na pewno jest wystarczająco z wielkim plusem.

Czas na drugiego piaskuna...


...a imię jego Danzig. Glenn Danzig. Postać u nas chyba mniej znana aniżeli Ozzy, natomiast z pewnością co najmniej równie ciekawa (i prawie tak samo stara). Danzig to człowiek-instytucja. Nagrywa płyty (Misfits, Samhain, wreszcie od końcówki lat 80-tych pod szyldem Danzig), na których zazwyczaj nie tylko śpiewa, lecz jest także głównym kompozytorem oraz bierze w swoje ręce część produkcji i instrumentów muzycznych. Rysuje komiksy (posiada własne wydawnictwo "Verotik", które - cóż za niespodzianka - specjalizuje się w dziełach ociekających erotyzmem), fotografuje się z kobietami przypominającymi upadłe lalki Barbie - kto nie chciałby być takim Glennem?

Nowy album "Deth Red Sabaoth" Glenn zapowiadał jako powrót do klasycznych brzmień, po tym jak w pewnym momencie kariery zaczął romansować z elektroniką i nieco bardziej industrialowymi klimatami. Postanowił zrezygnować z większości nowoczesnych gadżetów studyjnych, inwestując w vintage'owe wzmacniacze. Wreszcie po prostu jak zwykle napisał porządne utwory, które okrasił swoim wspaniałym wokalem, przywodzącym na myśl niezwykłe (choć wyrodne) połączenie Elvisa Presleya z Jimem Morrisonem. 

Lecz i zapowiedzi nie były przesadzone - album to klasyczny DANZIG, taki jakim dał się poznać na czterech pierwszych płytach. Brzmienie jest mniej wymuskane i mniej nowoczesne niż choćby u Ozzy'ego - nie kipi, nie wylewa się z głośników. Jednak wszystko jest na swoim miejscu, instrumenty brzmią naturalnie, produkcja  jest po prostu bardziej subtelna - robi swoje, nie razi w uszy i przede wszystkim pozostawia pole do popisu samym piosenkom.

A te są świetne jak za najlepszych czasów. Brudne i na swój mroczny sposób zmysłowe numery ("Ju Ju Bone" - jeden z najlepszych momentów na albumie, nawet jeżeli tytułowa fraza jest równie chwytliwa jak irytująca). Subtelne, sączące się z głośników motywy jak te z "Rebel Spirits". Wreszcie singlowe, zaczynające się od ładniutkich, czystych gitar "On A Wicked Night", które mi kojarzy się z dziś kultowym wręcz "Devil's Plaything" z drugiego albumu Danzig.

Być może cały ten mój opis Danziga i jego muzyki może przerazić przeciętnego Kowalskiego, pobożnego zwolennika pieczywa zjadanego z czystej ceratki. Jednak gwarantuję, że ta muzyka to "mrok" podany w sposób, którego nie należy się wstydzić. Nie sugeruję, że to muzyka dla każdego człowieka, który lubi nieco mocniejsze rockowe granie (jak to jest w przypadku ostatniego Ozzy'ego), ale może warto spróbować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz