Czas nagryzmolić coś po przerwie świątecznej, czyli dziesięciu dniach ubogich w nowe okazy mojej niebywałej erudycji. Zdaję sobie przy tym sprawę, że czytanie czegoś napisanego "na siłę" jest przeprawą jeszcze gorszą niż samo napisanie takiego pisemnego bohomazu, jednak dzisiaj mam melancholijny nastrój i mam ochotę wykorzystać tego bloga w niespotykany dotąd sposób (czyli zamiast narzekać na innych, zająć się nieco samym sobą).
Pewnie znakomita część czytających pomyślała, że mam zwykłego noworocznego kaca i stąd użalam się nad sobą - ale wbrew pozorom wcale nie. Sylwestra spędziłem nadzwyczaj spokojnie - co częściowo wpędza mnie w melancholię, bo zacząłem czuć, że się starzeję! Sama impreza była bardzo przyjemna. Jednak nawet zaledwie przed rokiem największą radość sprawiło mi wysadzanie w powietrze wypchanej czapli i tym podobne aktywności. Tym razem w zasadzie to co było w imprezie najlepsze, to po prostu okazja do spotkania się z kilkoma dawno nie widzianymi przyjaciółmi, siedzenie z nimi i z piwkiem na podłodze w przedpokoju i wspominanie starych, niewinnych czasów. Nawet coroczne, rytualne wysikanie się z galeryjki miało miejsce tylko raz i to z pierwszego a nie z czwartego piętra.
Jak generalnie nie lubię tego sylwestrowego szału - bo ludzie dostają gorączki takiej, jakby to była najważniejsza noc w całym roku i jedyna okazja do tego aby "zabalować", tak teraz widzę, że same sylwestrowe odczucia to niezły znak tego ile mamy lat. Kiedyś samą atrakcją był fakt, że rodzice pozwalali "posiedzieć" do dwunastej. Później wiadomo - kilkanaście lat i nastawianie się na pierwsze sylwestrowe wyjścia jak szczerbaty na suchary. Wyjścia, na których połowa znamienitych gości nie dożywała godziny 22, a gospodarze musieli wykazywać się nerwami ze stali. A z wiekiem cóż - coraz mniej zakazanych owoców, na imprezę można wyskoczyć każdej nocy. I to na taką, gdzie nie trzeba wąchać najbardziej obleśnego trunku w historii jakim jest szampan/wino musujące.
No i tak jak napisałem wcześniej, nastrój mam dzisiaj bardzo poetycki. Ogólnie moja osobowość ma przynajmniej dwie strony - przy czym z przerażeniem zauważam, że co jedna to gorsza od drugiej. Otóż ostatnimi czasy albo zachowuję się jak nadpobudliwy gnojek (he he), albo popadam w melancholię. Z tym, że niestety to wyciszenie jest bardzo niekonstruktywne, gdyż po prostu siedzę i nic z tego nie wynika.
Być może to aura definiuje fakt, iż obecnie góruje ta druga część mojej osobowości. Jak zapewne wie wielu moich znajomych, wyjątkowo nie lubię zimy. Jestem fanem lata, nawet jeżeli to lato którego doświadczam jest tylko brzydkim, zakompleksionym braciszkiem swoich odpowiedników pomieszkujących na południe od Dunaju. Zimą co najwyżej kręcę się poddenerwowany i przeklinam pod nosem każde przejście dla pieszych, na którym widnieje parszywa warstewka brudnego śniegu, rozjeżdżonego przez samochody niczym jakiś zagubiony futrzak na drodze szybkiego ruchu.
Lubię jednak takie widoczki jak ten widniejący obecnie z moim oknem. Od razu uspokoję, że od kiedy nie mieszkam już w kamienicy, naczelnym widokiem z okna nie jest już tłuszcz sąsiadki mieszkającej po drugiej stronie podwórka-studni. Aktualnie jest to niezwykle urokliwa, pokryta grubą warstwą śniegu osiedlowa uliczka. Taki śnieg generalnie robi bardzo dużo dobrego. Elegancko zasłonił śmieci przewalające się po daszku pod balkonikiem czy też oknem francuskim w moim pokoju. Zwykle tenże blaszany daszek pokrywają różnego rodzaju pety czy ziemia z kwiatków spadająca gdzieś z wyższych pięter. Spytacie, czy mnie to nie wkurza. W zasadzie nie, zwłaszcza kiedy postawię się w sytuacji sąsiadów niżej - mi śmieci spadają na i tak nieużywany daszek, im na ich niewątpliwie sporo kosztujący taras - he he. Wracając do głównego bohatera opowieści - piękny, biały puszek pokrył też pokłady puszek i innych odpadów komunalnych znajdujących się pomiędzy drzewami w uroczym mini-lasku znajdującym się po drugiej stronie uliczki. Artysta-malarz chcący uwiecznić ten widok na przepięknym landszafcie, nie powinien zapomnieć o dostojnej latarni. Latarni, której ciepłe, żółte światło nie tylko oświetla uliczkę, lecz także - jak napisał poeta - podkreśla ciemność.
Będąc przy poezji, pierwsze moje skojarzenie z powyższym to choćby Robert Frost i jego Stopping By Woods on a Snowy Evening, które zapewne obecnie jest powszechnie kojarzone z racji wykorzystania fragmentu w tarantinowskim "Death Proof". Zresztą nie będę mydlił nikomu oczu, ja także w ten sposób poznałem Frosta. I jestem naprawdę wdzięczny, bo jak nie lubiłem poezji (poza kilkoma wyjątkami i niesamowitymi twórcami takimi jak Norwid czy Morsztyn), tak ta amerykańska naprawdę mi odpowiada. Oczywiście nie jest to tak, że zakładam gruby sweter z golfem, rogowe okulary, siadam z kubkiem gorącej czekolady i wzruszam się przy ulubionych tomikach, jednak są po prostu rzeczy mocniej na mnie działające. Z "klimatem". Klimat to właśnie coś, co przyciąga mnie do jednych rzeczy a odpycha od innych. Często nie chodzi nawet o sens, przekaz, tylko o dobór słów i budowanie nastroju. Może dlatego, gdybym miał wybrać jakieś ulubione utwory poetyckie, sięgnąłbym do romantyzmu a nawet baroku. W dzisiejszych czasach może to być niepopularne, bo mrok kojarzy się raczej z panienkami w dziwnych rękawiczkach - i z takiego "mroku" sam się zwykle podśmiewam. Wszystko jest jednak kwestią jakości. Mrok w tekstach Cradle of Filth jest dla mnie niemal tak zabawny jak ich makijaże, podczas gdy za teksty Nicka Cave'a dałbym się pokroić.
A propos Cave'a, proponuję na dzisiaj jego "Moonland", czyli jeden z najlepszych kawałków jaki kiedykolwiek słyszałem. Pasuje doskonale do nastroju za oknem i nie tylko.
Pewnie znakomita część czytających pomyślała, że mam zwykłego noworocznego kaca i stąd użalam się nad sobą - ale wbrew pozorom wcale nie. Sylwestra spędziłem nadzwyczaj spokojnie - co częściowo wpędza mnie w melancholię, bo zacząłem czuć, że się starzeję! Sama impreza była bardzo przyjemna. Jednak nawet zaledwie przed rokiem największą radość sprawiło mi wysadzanie w powietrze wypchanej czapli i tym podobne aktywności. Tym razem w zasadzie to co było w imprezie najlepsze, to po prostu okazja do spotkania się z kilkoma dawno nie widzianymi przyjaciółmi, siedzenie z nimi i z piwkiem na podłodze w przedpokoju i wspominanie starych, niewinnych czasów. Nawet coroczne, rytualne wysikanie się z galeryjki miało miejsce tylko raz i to z pierwszego a nie z czwartego piętra.
Jak generalnie nie lubię tego sylwestrowego szału - bo ludzie dostają gorączki takiej, jakby to była najważniejsza noc w całym roku i jedyna okazja do tego aby "zabalować", tak teraz widzę, że same sylwestrowe odczucia to niezły znak tego ile mamy lat. Kiedyś samą atrakcją był fakt, że rodzice pozwalali "posiedzieć" do dwunastej. Później wiadomo - kilkanaście lat i nastawianie się na pierwsze sylwestrowe wyjścia jak szczerbaty na suchary. Wyjścia, na których połowa znamienitych gości nie dożywała godziny 22, a gospodarze musieli wykazywać się nerwami ze stali. A z wiekiem cóż - coraz mniej zakazanych owoców, na imprezę można wyskoczyć każdej nocy. I to na taką, gdzie nie trzeba wąchać najbardziej obleśnego trunku w historii jakim jest szampan/wino musujące.
No i tak jak napisałem wcześniej, nastrój mam dzisiaj bardzo poetycki. Ogólnie moja osobowość ma przynajmniej dwie strony - przy czym z przerażeniem zauważam, że co jedna to gorsza od drugiej. Otóż ostatnimi czasy albo zachowuję się jak nadpobudliwy gnojek (he he), albo popadam w melancholię. Z tym, że niestety to wyciszenie jest bardzo niekonstruktywne, gdyż po prostu siedzę i nic z tego nie wynika.
Być może to aura definiuje fakt, iż obecnie góruje ta druga część mojej osobowości. Jak zapewne wie wielu moich znajomych, wyjątkowo nie lubię zimy. Jestem fanem lata, nawet jeżeli to lato którego doświadczam jest tylko brzydkim, zakompleksionym braciszkiem swoich odpowiedników pomieszkujących na południe od Dunaju. Zimą co najwyżej kręcę się poddenerwowany i przeklinam pod nosem każde przejście dla pieszych, na którym widnieje parszywa warstewka brudnego śniegu, rozjeżdżonego przez samochody niczym jakiś zagubiony futrzak na drodze szybkiego ruchu.
Lubię jednak takie widoczki jak ten widniejący obecnie z moim oknem. Od razu uspokoję, że od kiedy nie mieszkam już w kamienicy, naczelnym widokiem z okna nie jest już tłuszcz sąsiadki mieszkającej po drugiej stronie podwórka-studni. Aktualnie jest to niezwykle urokliwa, pokryta grubą warstwą śniegu osiedlowa uliczka. Taki śnieg generalnie robi bardzo dużo dobrego. Elegancko zasłonił śmieci przewalające się po daszku pod balkonikiem czy też oknem francuskim w moim pokoju. Zwykle tenże blaszany daszek pokrywają różnego rodzaju pety czy ziemia z kwiatków spadająca gdzieś z wyższych pięter. Spytacie, czy mnie to nie wkurza. W zasadzie nie, zwłaszcza kiedy postawię się w sytuacji sąsiadów niżej - mi śmieci spadają na i tak nieużywany daszek, im na ich niewątpliwie sporo kosztujący taras - he he. Wracając do głównego bohatera opowieści - piękny, biały puszek pokrył też pokłady puszek i innych odpadów komunalnych znajdujących się pomiędzy drzewami w uroczym mini-lasku znajdującym się po drugiej stronie uliczki. Artysta-malarz chcący uwiecznić ten widok na przepięknym landszafcie, nie powinien zapomnieć o dostojnej latarni. Latarni, której ciepłe, żółte światło nie tylko oświetla uliczkę, lecz także - jak napisał poeta - podkreśla ciemność.
Będąc przy poezji, pierwsze moje skojarzenie z powyższym to choćby Robert Frost i jego Stopping By Woods on a Snowy Evening, które zapewne obecnie jest powszechnie kojarzone z racji wykorzystania fragmentu w tarantinowskim "Death Proof". Zresztą nie będę mydlił nikomu oczu, ja także w ten sposób poznałem Frosta. I jestem naprawdę wdzięczny, bo jak nie lubiłem poezji (poza kilkoma wyjątkami i niesamowitymi twórcami takimi jak Norwid czy Morsztyn), tak ta amerykańska naprawdę mi odpowiada. Oczywiście nie jest to tak, że zakładam gruby sweter z golfem, rogowe okulary, siadam z kubkiem gorącej czekolady i wzruszam się przy ulubionych tomikach, jednak są po prostu rzeczy mocniej na mnie działające. Z "klimatem". Klimat to właśnie coś, co przyciąga mnie do jednych rzeczy a odpycha od innych. Często nie chodzi nawet o sens, przekaz, tylko o dobór słów i budowanie nastroju. Może dlatego, gdybym miał wybrać jakieś ulubione utwory poetyckie, sięgnąłbym do romantyzmu a nawet baroku. W dzisiejszych czasach może to być niepopularne, bo mrok kojarzy się raczej z panienkami w dziwnych rękawiczkach - i z takiego "mroku" sam się zwykle podśmiewam. Wszystko jest jednak kwestią jakości. Mrok w tekstach Cradle of Filth jest dla mnie niemal tak zabawny jak ich makijaże, podczas gdy za teksty Nicka Cave'a dałbym się pokroić.
A propos Cave'a, proponuję na dzisiaj jego "Moonland", czyli jeden z najlepszych kawałków jaki kiedykolwiek słyszałem. Pasuje doskonale do nastroju za oknem i nie tylko.

Bardzo ciekawie napisany post, wprawiasz się – jeszcze troszkę i zacznę Ci zazdrości talentu literackiego, potem zacznę myśleć jak pozbyć się konkurenta do literackiej nagrody nobla w twojej osobie, a skończy się na tym ze obudzisz się w nocy a ja będę stał nad twoim łóżkiem z nożem. Pewnie się zastanawiasz jak dostanę się do twojego mieszkania ? Proste – przekupie twojego brata ! Ale dość żartów i komplementów. Cóż jeśli idzie o sylwestra to z racji ze to dzień mojego urodzenia dla mnie jest on szczególną datą, od bardzo dawna nie chodzi mi już o to żeby się upić w sztok, zrobić spęd bydła w domu i zepsuć humor rodzicom jakimiś kolosalnymi stratami. Najważniejsze dla mnie od pewnego czasu jest to aby mieć przy sobie tego dnia najbliższych przyjaciół z którymi łączy mnie kawał mojej historii i którzy mieli wielki pływ na to kim jestem. Dla tego w sumie część gości jest mi obojętna, ale są ludzie bez których tego dnia szlochał bym z rozpaczy. Mam tu na myśli miedzy innymi Ciebie dlatego wielce się cieszę ze byłeś, mam nadzieje że w tym roku będziemy się widywali częściej. Jeśli idzie o to że się starzejemy i w pewnym wieku zakazane owoce znikają jest to faktem, odkryłem to zaraz po 18-nastych urodzinach kiedy alkohol przestał tak samo smakować kiedy nie trzeba już było prosić o jego zakup menelików pod monopolowym. To jest chyba po prostu dojrzewanie, wszystko się zmienia. Na szczęście nadal jesteśmy w jakimś stopniu gnojakami i jeszcze przez co najmniej kilka lat tak zostanie. Trzeba pielęgnować dziecko w sobie i nie dać go stłamsić rzeczywistości i codziennym obowiązkom wynikającym z naszego wieku. Też mam jakiś melancholijny nastrój. Wynika to z tego co mi powiedziała Ola na sylwestra – czemu nie opisujesz już swoich przygód na blogu ? Jakie ja mam dzisiaj przygody – nieprzespaną noc bo uczyłem się do referatu czy egzaminu, zapomniałem kluczy od mieszkania i czekałem na klatce, spóźniłem się na wykład – żenada. Zramolałem strasznie i brak mi kompana do przygód bo wszyscy powyrastali z takich dziecinnych pomysłów jakie jeszcze siedzą w moim sercu i głowie. Boże z tego komentarza prawie że psot wyszedł, a jeszcze nie skończyłem. Nie mam ulubionej pory roku – lato lubię z uwagi na to że mam w tedy zwykle wolne co jest dla mnie rajem. Zimę lubię tylko wtedy gdy jest świerzy śnieg, taki biały nie naznaczony psim gównem, moczem i ludzkimi stopami. Świat wydaje się wtedy estetyczniejszy i to miła odmiana po jesieni i lecie, tyle że śnieg zawsze ktoś zapaskudzi, leży on krócej niż by się chciało a zima trwa stanowczo za długo. Niech sobie zima trwa grudzień i styczeń ale czemu trwa jeszcze luty i połowę marca. Człowiek by chciał wiosny, życia, roślin, a nie obsranej trawy którą osłania poczerniały śnieg. Na zakończenie dodam że poezje Frosta czytałem w liceum i nic z niej nie pamiętam, jak wiesz ja jestem wielkim wielbicielem poezji i znam się na niej całkiem dobrze i podobnie jak ty najbardziej lubię romantyzm. No nic kończę bo się rozpisałem, a ty pewnie nawet czasu na przeczytanie tego nie będziesz miał Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńAleż oczywiście, że przeczytałem! Dzięki za komplementy, do Nobla jeszcze trochę mi brakuje.. Ale jeżeli wiąże się z nim jakaś przyzwoita nagroda finansowa to zacznę więcej ćwiczyć!
OdpowiedzUsuńCo do kwestii dorastania. Właśnie to jest najgorsze - wtedy kiedy powinienem wykazać się dojrzałością jestem gnojkiem, a wtedy kiedy mógłbym sobie pozwolić na więcej luzu to zachowuję się jak stary tetryk.