
"Klan", "Na dobre i na złe", "M jak morderstwo". Coś z zagranicznych? "Moda na sukces"...
Do niedawna seriale były kojarzone raczej z gospodyniami domowymi, oglądającymi wenezuelskie telenowele między prasowaniem a wyjmowaniem kurczaka z piekarnika. Delikatnie mówiąc, nie cieszyły się poważaniem (tak seriale, jak i - i mówię to ze szczerym żalem - gospodynie domowe). Zwłaszcza młodzież uważała je (seriale) za szczyt obciachu. W ostatnim czasie sytuacja diametralnie się zmieniła. W Polsce popularność zaczęły zdobywać mniej lub bardziej tasiemcowe produkcje importowane ze Stanów Zjednoczonych. Oczywiście jakąś tam zasługę należy oddać telewizji, ale raczej niewielką. Nasze stacje emitują rzeczy typu "Lost" czy "Prison Break", a gdzieś po 22-23 można trafić na coś ostrzejszego typu "Californication", jednak wiadomo - to wszystko nie działa tak prosto i zwykle aby nasza tv mogła wyemitować konkretny sezon serialu, musi minąć około rok od premiery za oceanem. I zapewne tym byśmy się zadowolili, gdyby nie Internet. Bo po co oglądać serial z gigantycznym opóźnieniem, a do tego z lektorem (co zawsze jest sporym minusem przy produkcjach pełnych kolokwializmów, idiomów czy nieprzetłumaczalnych dowcipów), kiedy za pośrednictwem globalnej sieci możemy.. Każdy wie co możemy zrobić, aby świeżutki i pachnący nowy odcinek serialu mieć na dysku komputera góra dobę po amerykańskiej premierze. Doszło do tego, że znam (mniej lub bardziej osobiście - w tych internetowych czasach to się zaciera) osoby oglądające kilkanaście serii naraz.
Sam aż takim znawcą nie jestem, ostatnio jednak dowiedziałem się o "Sons of Anarchy". I kończąc ten przydługi wstęp, chciałbym krótko przedstawić ten serial, bo jest warty obejrzenia.
Generalnie rzecz opowiada o klubie motocyklowym, nazywającym się właśnie "Sons of Anarchy".
Zainteresowało mnie to, bo: a) jak każdy nieudacznik, który pewnie nigdy nie będzie miał okazji przejechać się harleyem choćby w charakterze pasażera, chciałbym być tym wielkim, wąsatym, budzącym respekt facetem w skórzanej kamizelce z wielką czachą na plecach oraz z klamką za paskiem - a taki serial pozwala poczuć choć trochę klimatu; b) ostatnio miałem przyjemność przeczytać książkę (!) traktującą o słynnym Hell's Angels, a konkretnie o największej w dziejach USA operacji FBI wymierzonej w ten gang - więc trochę wkręciłem się w temat (jakby ktoś był zainteresowany pozycją: Yves Lavigne - "Byłem Aniołem Piekła").

SAMCRO (skrót od pełnej nazwy klubu, czyli Sons of Anarchy Motorcycle Club Redwood Oryginal) ma swoją siedzibę w Charming w Kalifornii (a jak akcja serialu dzieje się w Kalifornii, to już coś znaczy!). Jest to niewielki klub, liczy zapewne nie więcej niż kilkunastu członków. Chłopaki zajmują się - oprócz tego z czym tacy jak ja najchętniej kojarzą działalność faceta z MC (panienki, używki, rock'n'roll) - handlem bronią i dbaniem o swoją strefę wpływów. Jak wiadomo gangi motocyklowe od zawsze toczyły między sobą różne wojenki - w tym wypadku też nie można powiedzieć, aby Sons of Anarchy mieli w tej kwestii szczególnie komfortową sytuację. Do tego jeszcze ciągłe zagrożenie ze strony ATF - oh, cóż za ciężki los motocyklisty...
Oczywiście fabuła oferuje coś więcej niż tylko gangsterskie przygody rodem z "Goodfellas". Mamy tutaj dramatyczne wątki obyczajowe - już odcinek pilotażowy stanowi tak naprawdę przedstawienie skomplikowanej sytuacji osobistej głównego bohatera, młodego Jacksona "Jaxa" Tellera - wiceprezydenta SAMCRO (będącego także synem jednego z dwóch założycieli klubu, nieżyjącego Johna Tellera). Nie będę zdradzał konkretów, jednak jeżeli ktoś wzdryga się na sam dźwięk słowa "obyczajowy" nie musi się od razu zniechęcać do serialu, gdyż te wątki są naprawdę ciekawe. I co ważne - w przeciwieństwie do niektórych gorszej jakości produkcji, nie ma tu raczej takich "bezsensownych" wątków, osobiste sprawy poszczególnych członków klubu czy ludzi z ich otoczenia mają zwykle bezpośredni wpływ na dalszą fabułę serialu. Jest to zdecydowanie bardziej "drama" niż "comedy", jednak humorystycznych wątków nie brakuje. I jak to w amerykańskich produkcjach - bywa ostro (tam, w przeciwieństwie do naszego polskiego podwórka, nikt nie martwi się urażeniem czyiś uczuć czy spadkiem oglądalności wśród kleru). Ostry jest zresztą nie tylko humor, serial bywa brutalny (vide scena wypalania palnikiem acetylenowym klubowego tatuażu z pleców wydalonego członka klubu).
Jeśli chodzi o stronę techniczną, to jest to współczesny serial amerykański - czyli nie musimy się o nic martwić. Piękne ujęcia i dobra obsada to kolejne zalety produkcji. Mamy tutaj kilka naprawdę bardzo udanych kreacji. W roli prezydenta SAMCRO zobaczymy jedną z najbardziej charakterystycznych twarzy świata filmu, Rona Perlmana (np. "Hellboy"). Jego żonę, a zarazem matkę Jaxa (czyli już się robi skomplikowanie, biorąc pod uwagę, że Jax nie mówi do Claya per "tato") gra.. no właśnie, tu ciekawa sprawa. Tę postać kobiecą gra Katey Sagal, która chyba najbardziej znana (przynajmniej u nas) jest z roli Peggy Bundy. I co właśnie zabawne - zupełnie jej nie poznałem, mimo że "Świat wg Bundych" to jeden z moich ulubionych klasyków. Samego Jaxa gra (jak wynika z opinii w Internecie) bożyszcze nastolatek, Charlie Hunnam (np. "Hooligans"). Czytając o serialu, spotkałem się z krytycznymi opiniami wobec stylu granej przez niego postaci - Jackson Teller do skórzanej, klubowej kamizeli z wizerunkiem "kosiarza" zakłada białe sportowe buty, bluzy z kapturem i szerokie dresowe spodnie. Do tego niektórym nie pasuje jego "wożący się", bujający styl chodzenia. Moim zdaniem ta postać dodaje jednak kolorytu i różnorodności członkom klubu, którzy wg stereotypów powinni być, tak jak już pisałem, "wąsatymi kolesiami z (...)". Do tego dochodzi kilku innych ciekawych aktorów, nie tylko typowo serialowych, lecz znanych także z interesujących kreacji w pełnometrażowych produkcjach (Kim Coates, Mark Boone Junior).

Podsumowując - SoA to kolejna konkretna, dobrze zrobiona, amerykańska produkcja serialowa. Polecam szczególnie osobom lubiącym klimat motocyklowych klubów, "sex, drugs & rock'n'roll", ale także zwolennikom seriali kryminalnych, którzy mają ochotę zobaczyć pewne sprawy z innej perspektywy, w nieco zmienionej konwencji - bądź po prostu osobom, które lubią obejrzeć dobrze zrobiony serial obyczajowy o niebanalnej, dobrze skonstruowanej i "posklejanej" fabule.
Do niedawna seriale były kojarzone raczej z gospodyniami domowymi, oglądającymi wenezuelskie telenowele między prasowaniem a wyjmowaniem kurczaka z piekarnika. Delikatnie mówiąc, nie cieszyły się poważaniem (tak seriale, jak i - i mówię to ze szczerym żalem - gospodynie domowe). Zwłaszcza młodzież uważała je (seriale) za szczyt obciachu. W ostatnim czasie sytuacja diametralnie się zmieniła. W Polsce popularność zaczęły zdobywać mniej lub bardziej tasiemcowe produkcje importowane ze Stanów Zjednoczonych. Oczywiście jakąś tam zasługę należy oddać telewizji, ale raczej niewielką. Nasze stacje emitują rzeczy typu "Lost" czy "Prison Break", a gdzieś po 22-23 można trafić na coś ostrzejszego typu "Californication", jednak wiadomo - to wszystko nie działa tak prosto i zwykle aby nasza tv mogła wyemitować konkretny sezon serialu, musi minąć około rok od premiery za oceanem. I zapewne tym byśmy się zadowolili, gdyby nie Internet. Bo po co oglądać serial z gigantycznym opóźnieniem, a do tego z lektorem (co zawsze jest sporym minusem przy produkcjach pełnych kolokwializmów, idiomów czy nieprzetłumaczalnych dowcipów), kiedy za pośrednictwem globalnej sieci możemy.. Każdy wie co możemy zrobić, aby świeżutki i pachnący nowy odcinek serialu mieć na dysku komputera góra dobę po amerykańskiej premierze. Doszło do tego, że znam (mniej lub bardziej osobiście - w tych internetowych czasach to się zaciera) osoby oglądające kilkanaście serii naraz.
Sam aż takim znawcą nie jestem, ostatnio jednak dowiedziałem się o "Sons of Anarchy". I kończąc ten przydługi wstęp, chciałbym krótko przedstawić ten serial, bo jest warty obejrzenia.
Generalnie rzecz opowiada o klubie motocyklowym, nazywającym się właśnie "Sons of Anarchy".
Zainteresowało mnie to, bo: a) jak każdy nieudacznik, który pewnie nigdy nie będzie miał okazji przejechać się harleyem choćby w charakterze pasażera, chciałbym być tym wielkim, wąsatym, budzącym respekt facetem w skórzanej kamizelce z wielką czachą na plecach oraz z klamką za paskiem - a taki serial pozwala poczuć choć trochę klimatu; b) ostatnio miałem przyjemność przeczytać książkę (!) traktującą o słynnym Hell's Angels, a konkretnie o największej w dziejach USA operacji FBI wymierzonej w ten gang - więc trochę wkręciłem się w temat (jakby ktoś był zainteresowany pozycją: Yves Lavigne - "Byłem Aniołem Piekła").

SAMCRO (skrót od pełnej nazwy klubu, czyli Sons of Anarchy Motorcycle Club Redwood Oryginal) ma swoją siedzibę w Charming w Kalifornii (a jak akcja serialu dzieje się w Kalifornii, to już coś znaczy!). Jest to niewielki klub, liczy zapewne nie więcej niż kilkunastu członków. Chłopaki zajmują się - oprócz tego z czym tacy jak ja najchętniej kojarzą działalność faceta z MC (panienki, używki, rock'n'roll) - handlem bronią i dbaniem o swoją strefę wpływów. Jak wiadomo gangi motocyklowe od zawsze toczyły między sobą różne wojenki - w tym wypadku też nie można powiedzieć, aby Sons of Anarchy mieli w tej kwestii szczególnie komfortową sytuację. Do tego jeszcze ciągłe zagrożenie ze strony ATF - oh, cóż za ciężki los motocyklisty...
Oczywiście fabuła oferuje coś więcej niż tylko gangsterskie przygody rodem z "Goodfellas". Mamy tutaj dramatyczne wątki obyczajowe - już odcinek pilotażowy stanowi tak naprawdę przedstawienie skomplikowanej sytuacji osobistej głównego bohatera, młodego Jacksona "Jaxa" Tellera - wiceprezydenta SAMCRO (będącego także synem jednego z dwóch założycieli klubu, nieżyjącego Johna Tellera). Nie będę zdradzał konkretów, jednak jeżeli ktoś wzdryga się na sam dźwięk słowa "obyczajowy" nie musi się od razu zniechęcać do serialu, gdyż te wątki są naprawdę ciekawe. I co ważne - w przeciwieństwie do niektórych gorszej jakości produkcji, nie ma tu raczej takich "bezsensownych" wątków, osobiste sprawy poszczególnych członków klubu czy ludzi z ich otoczenia mają zwykle bezpośredni wpływ na dalszą fabułę serialu. Jest to zdecydowanie bardziej "drama" niż "comedy", jednak humorystycznych wątków nie brakuje. I jak to w amerykańskich produkcjach - bywa ostro (tam, w przeciwieństwie do naszego polskiego podwórka, nikt nie martwi się urażeniem czyiś uczuć czy spadkiem oglądalności wśród kleru). Ostry jest zresztą nie tylko humor, serial bywa brutalny (vide scena wypalania palnikiem acetylenowym klubowego tatuażu z pleców wydalonego członka klubu).
Jeśli chodzi o stronę techniczną, to jest to współczesny serial amerykański - czyli nie musimy się o nic martwić. Piękne ujęcia i dobra obsada to kolejne zalety produkcji. Mamy tutaj kilka naprawdę bardzo udanych kreacji. W roli prezydenta SAMCRO zobaczymy jedną z najbardziej charakterystycznych twarzy świata filmu, Rona Perlmana (np. "Hellboy"). Jego żonę, a zarazem matkę Jaxa (czyli już się robi skomplikowanie, biorąc pod uwagę, że Jax nie mówi do Claya per "tato") gra.. no właśnie, tu ciekawa sprawa. Tę postać kobiecą gra Katey Sagal, która chyba najbardziej znana (przynajmniej u nas) jest z roli Peggy Bundy. I co właśnie zabawne - zupełnie jej nie poznałem, mimo że "Świat wg Bundych" to jeden z moich ulubionych klasyków. Samego Jaxa gra (jak wynika z opinii w Internecie) bożyszcze nastolatek, Charlie Hunnam (np. "Hooligans"). Czytając o serialu, spotkałem się z krytycznymi opiniami wobec stylu granej przez niego postaci - Jackson Teller do skórzanej, klubowej kamizeli z wizerunkiem "kosiarza" zakłada białe sportowe buty, bluzy z kapturem i szerokie dresowe spodnie. Do tego niektórym nie pasuje jego "wożący się", bujający styl chodzenia. Moim zdaniem ta postać dodaje jednak kolorytu i różnorodności członkom klubu, którzy wg stereotypów powinni być, tak jak już pisałem, "wąsatymi kolesiami z (...)". Do tego dochodzi kilku innych ciekawych aktorów, nie tylko typowo serialowych, lecz znanych także z interesujących kreacji w pełnometrażowych produkcjach (Kim Coates, Mark Boone Junior).

Podsumowując - SoA to kolejna konkretna, dobrze zrobiona, amerykańska produkcja serialowa. Polecam szczególnie osobom lubiącym klimat motocyklowych klubów, "sex, drugs & rock'n'roll", ale także zwolennikom seriali kryminalnych, którzy mają ochotę zobaczyć pewne sprawy z innej perspektywy, w nieco zmienionej konwencji - bądź po prostu osobom, które lubią obejrzeć dobrze zrobiony serial obyczajowy o niebanalnej, dobrze skonstruowanej i "posklejanej" fabule.

ja nie wiem, niby dodawałem tu komentarz, ale się nie dodał. nie ogarniam.
OdpowiedzUsuńw każdym razie chciałem napisać, że ja np. wole jednak oglądać serial w tv. lubię to oczekiwanie na kolejny odcinek, to dawkowanie, jakoś tak (choć lektor to problem, np. nie można się delektować australijskim akcentem jednego z bohaterów 'house m.d.')
a peggy jest nie do poznania bez swojego wyjebanego tapiru;E
house. brrr
OdpowiedzUsuńnie znam się na serialach, bo telewizji poza Discovery Science właściwie nie oglądam, ale House mi się nawet podoba jak widuje się go raz na miesiąc:P A w internecie nie śledzę seriali, bo doba ma tylko 24h, a mam zawsze dużo do przesłuchania;)
OdpowiedzUsuńCóż jeśli idzie o seriale, to ja będąc w gimnazjum strasznie lubiłem telenowele meksykańskie. Do dzisiaj pamiętam z nazwisk i twarzy takie gwiazdy jak Cesar Evora. Nie jest to bynajmniej świadectwem mojego zniewieścienia, a tego że jestem małym degeneratem i kocham przemoc na ekranie a te seriale zapewniały jej w takich ilościach black metal może się przy tym schować. Wystarczy że przytoczę Ci dwie sceny które pamiętam do dzisiaj, w jednym odcinku pewien czarny charakter przez całe 15 minut rozjeżdżał samochodem kobietę a ona wstawała po to by za chwilę znowu się znaleźć pod kołami – totalna masakra. Inna scena która zapadła mi w pamięci to jak pewien negatywny bohater wszedł do jacuzzi wypełnionego benzyną i było nie było wypiekł się jak kiełbasa na ruszcie. Jeśli idzie o dostęp do seriali to podzielam twoją opinię, telewizja nie jest wstanie sprostać wymaganiom publiczności. Ja akurat nie bardzo sledze seriale ograniczając się jedynie do oglądania wiadomości, ale od czasu do czasu lubię sobie obejrzeć jakieś anime którego w telewizji jest jak na lekarstwo i zostaje mi internet, który umożliwia mi śledzenie co najmniej kilku ambitniejszych produkcji.
OdpowiedzUsuń